Шрифт:
Okno? Tam krata. Ku'zwa… co robi'c? Je'sli mialbym lom, ale nie mam.
Gdzie u nas mozna znale'z'c wszelkie narzedzia? W porcie, gdziezby indziej? Wszystkie sklepy zamkniete. Dralowa'c tam… po ka cholere, lepiej poszuka'c czego's blizej. Budowa! Tam na pewno jest lom, i jeszcze duzo innych przydatnych rzeczy. Tam sie machniemy. Tylko gdzie? Nie wiedzialem, gdzie jest tu co's buduja, ale co's tam z okna autobusu jednak zobaczylem! Taa, dotre na miejsce prawie w nocy. I co z tego? Jakbym mial zajebisty wyb'or? Dobra, nie ma wyboru, p'ojdziemy na budowe. Wszystkich zapas'ow ze soba nie wezme, a nuz akurat tam wyszperam co's pozytecznego? I nie zdolam unie's'c. Butelki, manierka i opakowania Emelii znalazly sobie tymczasowe schronienie na daszku schod'ow, prowadzacych do piwnicy. Z podw'orka nie wida'c, a zadne zwierze tam nie wejdzie – to nie kielbasa! Zabralem tylko pusta torbe i jedna butelke. Spoko, jutro przyniose lom i odjem sie sie za wszystkie czasy juz na nowym miejscu!
Rozdzial 2
Nie mozna powiedzie'c, ze moja wyprawa na plac budowy byla latwym i spokojnym spacerem – akurat! W polowie drogi, gdzie's z boku rozpoczela sie desperacka strzelanina i jaka's kula 'swisnela w poblizu. Ku'zwa, nawet nie wiedzialem, ze umiem tak szybko biega'c! Musialem sie schowa'c za pustym garazem i czeka'c, az nieznani dyskutanci sko'ncza wreszcie wyja'snia'c stosunki. Zajelo im to prawie godzine. Potem nagle zaterkotaly serie (po mojemu nawet nie z karabinu) i wszystko ucichlo. Do tej pory strzelali ze strzelb i chyba z pistolet'ow.
Przesiedziawszy w ukryciu jeszcze z godzine, postanawiam opu'sci'c kryj'owke. Cicho, zadnych strzal'ow. Kto tam kogo pokonal jest mi zupelnie obojetne, najwazniejsze, ze kule juz nie 'swiszcza i mozna i's'c dalej. Wysuwajac sie zza garazu, rozgladam sie na boki. Nikogo. Szybko przebiegam w kierunku najblizszego domu. Jeszcze p'ol godziny pieszo i nad dachami widze uniesione ramie d'zwigu. Budowa. Dotarlem! No teraz to wszystko p'ojdzie jak po ma'sle! Znajde lom, moze przygarne jeszcze co's pozytecznego – i z powrotem. Calkiem mozliwe, ze spa'c bede juz pod dachem.
Obchodze budynek.
– E ty, st'oj!
A to co znowu?
Dw'och facet'ow w sk'orzanych kurtkach. Jeden trzyma strzelbe my'sliwska, u drugiego broni nie widze.
– Eee… Panowie, co wy?
– Cho no tu!
Podchodze, pr'obujac zachowa'c bezpieczny dystans. Nic z tego. Ten z bronia sugestywnie porusza lufa. Ze niby, nie rznij glupa. Wyrywaja mi torbe i wywracaja na lewa strone. Na ziemie spada butelka wody, kt'ora przeszukujacy pogardliwie kopie.
– To wszystko? Kieszenie!
Tam r'owniez nie ma nic warto'sciowego, a kilka kluczy do nakretek nie wzbudza zainteresowania u tej parki.
– Ty co, jaja se robisz?! Wyskakuj z kasy!
– Ale ja… nic nie mam.
Bach! Z calej sily wali mnie kolba pod zebro.
Uch… Boli!
– A wy czego… co ja wam zrobilem?
– Gdzie, kurwa, mieszkasz?
– Aleja Modrzewiowa pie'c. Mieszkania pietna'scie.
Faceci wymieniaja sie spojrzeniami.
– Gdzie to?
– Daleko… Poza tym, co taki wypierdek moze mie'c. Ej, wstawaj!
Kopia mnie bez lito'sci i zmuszaja do podniesienia torby z asfaltu; pchniecie w ramie wskazuje kierunek.
Nie mija wiele czasu, kiedy czuje zapach dymu. Skrecamy za r'og i przed nami pojawia sie dlugi plot zwie'nczony drutem kolczastym. Idziemy wzdluz niego, znowu skret i brama. Zamknieta. Obok plonie ognisko, dokola kt'orego siedzi kilku ludzi. Wszyscy uzbrojeni, przewaznie w bro'n my'sliwska.
– O! Mitiaj, caly i zdrowy! Kogo tam masz?
– A taki… murzyn do tyrki. Daj go do reszty.
Na lewo od bramy stoi nieduzy blaszak. Wla'snie tam mnie wpychaja, po wcze'sniejszym zabraniu mi torby i otwarciu kl'odki na drzwiach. Robie kilka krok'ow i opadam bez sil na podloge. Jezu, co tu sie dzieje?
– Pana tez zlapali?
Odwracam sie w strone glosu. Na podlodze siedzi starszy juz facet w okularach z peknietym szklem. Swoja droga, wyglada calkiem przyzwoicie.
– Tak, wszystko zabrali, uderzyli kolba. Co tu jest?
– To, mlody czlowieku, jest dawna baza tarkowskiej gospodarki komunalnej. A ci, za przeproszeniem, ludzie przy ognisku, to zwykli bandyci. Dokladnie, to miejscowi, kt'orzy takimi sie stali.
– Ale oni maja bro'n!
– Nie wszyscy, ale to do czasu. Szybko sie zbroja. Okradaja mieszkania, zabieraja wszystko, co warto'sciowe. Znajduja tam r'owniez strzelby.
– A ja im po co?
Ze sl'ow mojego sasiada okazalo sie, co nastepuje. On i jego przymusowi towarzysze siedza tu juz trzeci dzie'n. Pawel (tak ma na imie) spodziewal sie odg'ornej ewakuacji, byl bowiem twardo przekonany, ze wladze sa po prostu zobowiazane zrobi'c wszystko dla uratowania mieszka'nc'ow. Jednak na pr'ozno – wszyscy urzednicy uciekli jako pierwsi, porzucajac miasto na pastwe losu. Co dzialo sie dalej, nie wiedzial, poniewaz kiedy wyszedl po chleb zostal schwytany przez wsp'olnik'ow Mitiaja i wrzucony to tego wla'snie baraku. Od tej pory, dwa razy dziennie wszystkich wie'zni'ow wyganiali szabrowa'c domy, na razie te najblizsze. Rano, pechowo dla Pawla, belka, kt'ora zwykle wybijano drzwi, spadla mu na noge. Do baraku dotarl z wielkim trudem i teraz odlegiwal.