Шрифт:
Przelaze przez parapet, uwazajac, by nie pokaleczy'c sie odlamkami szkla. Tak, butelki wedruja do torby! Co tu jeszcze jest? O, papierosy! Przeciez ja nie pale! M'oj osobisty sknerus zachichotal z calych sil: „Za darmo! Nie ma gospodarzy – bierz!”
Oczami szukam terminalu, 'sciskajac w reku karte kredytowa. „A ty co, dupku?! Porabalo cie?! Jaki, cholera, terminal – tu trup przy wej'sciu lezy!” M-m, tak… rzeczywi'scie… troche tego. Karta do portfela, portfel do kieszeni. Karton papieros'ow tez, do torby!
Nie ma chleba. I zadnych konserw. Tutaj, jak sie wydaje, grasuja nie pierwszy dzie'n i wszystko wymietli do czysta. Wody nie wzieli: watpliwe, by teraz kto's dbal o diete. Dobrze. Produkty dla dzieci, pasuja? C'oz, je'sli dzieci moga, to znaczy, ze doroslym sie nie zabrania. Czyli nabiore ciala, jedzac na 'sniadanie Gerbera!
Co's nie'zle pieprznelo za rogiem, przerywajac gwaltownie moje przemy'slenia. Idioto, tu strzelaja na serio! Pora bra'c nogi za pas!
Juz na klatce schodowej dotarlo do mnie, co nie dawalo mi spokoju przez caly ten czas. Szewron na rekawie dow'odcy. W czasie swojej kr'otkiej sluzby w sztabie batalionu napatrzylem sie na r'oznych go'sci. Oficerowie i zolnierze, zwykla piechota i wszelkiego rodzaju dziwne oddzialy i wielu z nich nosilo rozmaite naszywki i emblematy. Laczylo je jedno – nie bylo tam zadnych obcych liter. A tu… szewron mignal wprost przed moim nosem, udalo sie mi wiec do's'c dokladnie mu przyjrze'c. Najprawdziwsze laci'nskie litery! Tarcza, na kt'orej przedstawiono miecz, rekoje'scia do g'ory i napis BEAR. To znaczy nied'zwied'z, tlumaczac z angielskiego. Gdzie niby w armii rosyjskiej takie oddzialy? Mocno watpie w to, ze w policji sa takie jednostki. Na temat r'oznych sluzb specjalnych w og'ole lepiej nic nie m'owi'c, u nich to nie jest mile widziane, o ile wiem.
W drodze do domu zauwazylem, ze samochod'ow na podw'orkach bylo znacznie mniej. Znaczy, p'oki ja, tam na kanapie, ogladalem wiadomo'sci, madrzejsi ludzie wynosili sie z Тarkowa. No, no… jako's nie przypominam sobie takich miejsc, gdzie z rado'scia witano by uchod'zc'ow z dalekich kraj'ow. Wszystko jedno z jakich, nikogo nie chca. Tu nie Europa! Chociaz i tam ostatnio niezbyt slodko.
Wlasny dom przywital mnie ciemno'scia na klatce schodowej – prad wysiadl? Pieprzy'c to, za to winda dziala! O co tu chodzi? W 'swietle latarki z kom'orki stalo sie jasne: kto's wykrecil zar'owki. Dozyli'smy, cholera, ze juz zar'owki zaczeli kra's'c…
Oto i mieszkanie. Zamknawszy za soba drzwi, zaczynam wyklada'c zdobycz na kanape. Nie za duzo, ale i to bozy dar! Na kilka dni jest zarelko!
Stawiam czajnik na kuchenke elektryczna. „Miau” – melodyjne za'spiewal dzwonek u drzwi. Na ekranie monitora wy'swietlila sie twarz Paszy Galpierina. Po co on tu przyszedl?
– Otworzy'c drzwi! – Elektronika, posluszna mojemu glosowi, uruchamia zamek.
– Cze's'c!
– Witaj! Wejd'z, wla'snie robie herbate.
– Nie teraz. Miszke zabili, slyszale's?
Stop…
– Frolowa?
– No!
Nasz admin, m'oj kolega. Dobrotliwy grubas w okraglych okularach, w czym's podobny do Johna Lennona. 'Swietny, absolutnie niekonfliktowy facet. Komu on m'ogl przeszkadza'c?
– Pieprzysz… – m'owie niepewnie. – Zaraz, a ty skad to wiesz?
– Czy ty w og'ole jeste's na biezaco z tym, co sie wokolo dzieje?! – wybucha Paszka.
Od takiego nawalu emocji pogubilem sie i nawet nie wiedzialem, co odpowiedzie'c.
– Bajzel… Jacy's ludzie z karabinami czlowieka przy mnie zastrzelili! Zadna policja nie przyjechala!
Pasza wzburzony zaczyna biega'c po mieszkaniu. Z jego sl'ow zaczynam powoli rozumie'c, ze okoliczno'sci sa znacznie gorsze, niz przypuszczalem.
Bajzel, a dokladniej zorganizowany chaos ogarnal juz cale miasto. Strzelaniny na ulicach. Policja podziala sie nie wiadomo gdzie i nikt nie mieszal sie w te kr'otkotrwale walki. Kto i z kim walczy, bylo zupelnie niezrozumiale. W drodze do mnie Paszke tez kto's ostrzelal – uratowala go predko's'c pojazdu. Najpierw pojechal do Frolowa i na progu zastal zwloki. Kto's strzelil Miszce kilka razy w pier's. Juz lezacego dobili strzalem w glowe.
– Pochylilem sie nad nim i nagle slysze, ze w 'srodku kto's chodzi. Zerwalem sie i zwialem!
– Dlaczego do mnie?
– Ty mieszkasz blizej i poza tym lepiej, niz ja prowadzisz samoch'od.
'Swieta prawda, kupujac prawo jazdy, Pasza, niestety, nie zyskal jednocze'snie umiejetno'sci kierowania swoja mazda na kredyt. Przejecha'c tu i tam uliczkami jeszcze od biedy potrafil. Natomiast wyjecha'c na trase…
– Czas sie zmywa'c! Doslownie teraz!
– Poczekaj… Musze sie spakowa'c!
– Co bedziesz pakowa'c?! Ty, co, juz calkiem nie czaisz?! Trzeba spieprza'c! Raz-dwa!
Co jak co, ale przekonywa'c to on moze! Naprawde nie znalazlem zadnych argument'ow. Popedzany ciaglymi krzykami, zaczalem miota'c sie po mieszkaniu, goraczkowo upychajac w plecaku wszystko, co wydalo mi sie pozyteczne. Niestety… nawet m'oj nie najwiekszy plecak wystarczyl az nadto. A wydawalo sie, ze wszystko wok'ol jest potrzebne i przydatne. E tam, w oderwaniu od domu to w og'ole nie przyda sie do niczego. No komu, powiedzcie, potrzebny jest kij do golfa? Nawet je'sli ma autograf wice-prezesa Terra Group!